Jest to sport dla bogów. Cóż powiedzieć. Któż przeciętny przebiegłby (no dobra ociupinkę przemaszerował i to tylko wtedy gdy „ekonomika ruchu faworyzuje szybki marsz”) te niebywałe dystanse pokonując góry,strumienie, łąki, wydmy, kamienie, połoniny, skały przewyższenia, odwodnienie, słabość, bezsenność, chwile zwątpienia i katastrofalne kryzysy a na koniec o wiele słabszych przeciwników? TO MISZCZ – odziany w najlżejsze z lekkich tkanin, w najobciślejsze z obcisłych plecako-kamizelek i najodpodwiedniejsze wyposażone w najlepszą, najagresywniejszą samoprzylepną podeszwę buty które projektował sam samiuteńki Kilian. Wyposażony po zęby w lekutkie jak piórko karbonowe kije ręcznie wyrabiane we włoskiej manufakturze, bezglutenowe, wegańskie przyrządzane w zero emisyjniej fabryce żele w risajklingowanych opakowaniach o smaku świeżo rżniętego (i to tylko w noc pełni) jarmużu, najnowszy, zliczający zawartość CO2 w kupie wydalanej w przyszlakowych krzaczkach zegarek o wartości samochodu średniej klasy no i naturalnie polaryzowane, samościemniające ( i pewnie ściemniające też) projektowane tylko do biegów ultra (bo na krótszych dystansach i na plaży się kompletnie nie sprawdzają) okulary przeciwsłoneczne.

Czy zwykły parias który „nawet samochodem nie pokonuje takich odległości” zasługuje na choćby wzmiankę na fejsie? O czymże miałby informować nas – tak wiernie nasłuchujących wieści z krainy nadludzi? Jakież to informacje jeśli nie ambrozyjnie upojne kombinacje liczb które tylko niewielu potrafi rozszyfrować jako dystans razy przewyższenie mógłby nam zaproponować taki zwyczajny Janusz weekendowego odpoczynku? On nawet nie wstaje gdy ultras o woli wykutej z najczystszej stali już dawno zaliczył 45 -60 km lekkiego niedzielnego wybieganka. Ba, zdążył to już opisać i podać nam – zwykłym zjadaczom i to pszennego chleba w przystępnej formie opisu na 1500 słów okraszonego niebanalnymi ujęciami kłaniających mu się drzew ze szlaku obok chałupy a w ekstremalnej wersji uległych dlań niczem pies skalnych stopni na górę gór – Babią fachowo zdobytą tuż przed oszałamiającym wschodem słońca (nota bene również ujętym na foci tej poprzedzającej fotkę z potreningowym posiłkiem z kawy z łojem z jaka zwyczajnego (łac. Bos grunniens)i wałka z pianki używanej przy produkcji samolotów do profesjonalnego rozluźnienia twardych jak stal mieśni.

Czyż zatem tacy, aż płono ich tak pospolicie nazwać- ludzie nie muszą mieć profesjonalnej obsługi? Czyż Ci-Co-Zdobywają-Szczyty-Gdy-Inni-Śpią nie zasługują na wsparcie? W pędzie po wynik , po miejsce po ZWYCIĘSTWO.

Ależ tak i to po trzykroć tak!! Ale nie na zwykłe, proste , przyziemne wsparcie w postaci „będę o Tobie myślał, gdy Ty będziesz tam walczył”. Nie na jakieś tanie lajki na fejsiu (choć w dobrym tonie jest zalajkować) czy komy pod wziąż przychodzącymi informacjami o postępach na prawie każdym kilometrze. Tu sprawa rozbija się o SAPORT (ang.support).

Wiadomo, że nie wszyscy to rozumieją. Że niby po co? Jak biegnie to niech biegnie. Jest woda, jest jedzenie, ma dwie ręce – da radę.

Ale od wielkich rzeczy są wielkie umysły a tu się rozchodzi o wielkie rzeczy! O sekundy, minuty całe nawet! To kwestia zwycięstwa a nawet REKORDU. To nie są tak błahe sprawy jak bieg po lesie w zapomnianej przez wszystkich wiosce. To poważne, PRESTIŻOWE międzynarodowe zawody z grubą obsadą, fotoreporterami, kamerami, dronami i tysiącami jeśli nie milionami wyczekujących przed ekranami fanów. Tu nie ma marginesu na błąd. Rozpiska jest i musi się zgadzać.

Ale cóż się dziwić. Ja na ten przykład ogromnie chciałbym być takim saportem – ściągać nieco tylko śmierdzące – no, nie pachnące skarpety z TAKICH stóp , obmywać je, smarować i zakładać nowe. Pragnąłbym też odciążać miszcza o całe 45g niosąc mu jego ulubiony żel na trasie (w pełnym respektu dystansie 5 m za nim) czy z uśmiechem proponować dobrze wygazowaną colę starając się przezwyciężyć jego niechęć do dalszej walki kiedy on siedzi w specjalnym fotelu rozłożonym w zacienionym miejscu – z dala od tłumu innych rozważając ewentualne poprawki w taktyce biegu i co raz rzucając mi od niechcenia instrukcje co, w jakich proporcjach i w jakiej temperaturze ma się znaleźć w bidonie/misce/kubku na następnym punkcie odżywczym. Może wtedy mała kropelka splendoru skapnęłaby i na mnie i kto wie za parę lat może i ja mógłbym namówić żonę, córkę, ciotkę, ojca, kolegę i sąsiada żeby niewyspani, zmęczeni i zajechani w panice na każdym punkcie pytali gdzie do cholery jest kuchenka mikrofalowa w tym burdelu bo chcą mi przygrzać moją ulubioną szarlotkę z lodami po której niczym wiar polecę po rekord.

Skarpety bogów nie śmierdzą
Tagi:                    

Komentarze 2 thoughts on “Skarpety bogów nie śmierdzą

  • Lipiec 30, 2018 z 4:04 pm
    Permalink

    Ja też chcę takiego supportu, fajnie pomarzyć 🙂 W rzeczywistości rodzina, dzieci i znajomi przyzwyczajają się z czasem do Twoich osiągnięć i na hasło przebiegłem 50km wzruszają już tylko ramionami, a żona wstając z łóżka w niedzielę rano dodaje – coś cie długo nie było, myślałam, że chociaż setkę pyknąłeś. Marność. Jeśli nie biegasz dla siebie to przepadłeś.

    Powtórz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *